Nie
zatrzymujcie miłości!
Tomasz z Celano – pierwszy biograf św.
Franciszka z Asyżu, włożył w jego usta
słowa: „Wielce należy kochać miłość Tego, który nas wielce umiłował” (Mem
196,9). Dla Biedaczyny miłością czystą, doskonałą, osobową był Bóg. Gdy na
Alwerni po otrzymaniu stygmatów uwielbiał Boga, jednym z określeń, jakimi Go
nazwał było: „Ty jesteś miłością, kochaniem”(KLUw 4). Stygmatyzacja nastąpiła dwa lata przed śmiercią, gdy ziemska
pielgrzymka brata Franciszka dobiegała końca, a on sam pragnął już tylko
zjednoczenia z Umiłowanym Chrystusem i powrotu do domu Ojca. Dojrzewanie do
takiej postawy było jednak procesem długim i wymagającym. Potrzeba było sporo
czasu, by przejść od koncentracji na sobie i swoich planach, do gotowości pełnienia woli Bożej, przez świadczenie miłosierdzia i pokorną
służbę. Choć faktem jest, że od młodości charakteryzowała go wrażliwość na
potrzebujących, co słusznie zauważył św. Bonawentura: „serce młodego
Franciszka było obdarzone uprzejmą i szczodrą litością wobec ubogich(Legm
I,2,1), dlatego chętnie dawał jałmużnę proszącym i nie odwracał się od
cierpiących. Gdy podczas pobytu w więzieniu w Perugii wszyscy skazani odwrócili
się od rycerza, który znieważył swego towarzysza, tylko Franciszek nie wzgardził nim i innych
zachęcał do tego samego (por. 3Soc 4,5). Droga oczyszczenia i odwrócenia dotychczasowej hierarchii wartości została mu
zapowiedziana już na początku nawrócenia, gdy pewnego razu trwając na modlitwie
usłyszał: „Franciszku, zamieniłeś już miłość cielesną i próżną
na duchową;
jeśli chcesz Mnie poznać, bierz to, co gorzkie za słodkie, wzgardź samym sobą;
dokonaj tego odwrócenia porządku”(Mem 9,7). Bóg zapewnił go, że zapłatą za
wybór miłości duchowej będzie poznanie Boga i Jego woli. Zgodnie z Bożym
poleceniem pokutnik z Asyżu całe swe późniejsze życie dokonywał tego odwracania
porządku - powolnego przechodzenia od koncentracji na sobie i
szukaniu we wszystkim własnej korzyści i zysku - czego nauczono go w domu
rodzinnym, do postawy zauważenia drugiego człowieka, otwartości na niego,
wreszcie pokornej służby w zapomnieniu o sobie. Proces dojrzewania przyszłego
Świętego to tajemnica współpracy z Bożą łaską, która zaowocowała stopniową
przemianą, o której wspominają biografowie: upodobanie w przebywaniu z
bezdomnymi, a nawet przebieraniu się w ich łachmany - jakby nie mógł się
doczekać, by doświadczyć życia prawdziwie ubogiego; wielkoduszność: „za każdym
razem, gdy ubogi prosił go o jałmużnę poza domem, wspierał go pieniędzmi, skoro
tylko było to możliwe; gdy zaś nie miał pieniędzy, dawał mu czapkę lub pas, byle
tylko nie odsyłać go z pustymi rękoma”(3Soc 8,5-6); postanowienie, że nie
odmówi jałmużny nikomu, kto prosiłby go w imię miłości Bożej. Według św.
Bonawentury: „Obietnicy
tej z niesłabnącą gorliwością pozostał wierny aż do śmierci”(LgM I,1,5).
Dogłębna
i trwała przemiana wymagała jednak radykalnego wkroczenia Boga w jego życie. Można powiedzieć, że łaska Boga nagle wyrwała tego marzyciela wychowanego w
dobrobycie, z dala od codziennych trudów ludzi ubogich i postawiła w świecie
pełnym realnych problemów i codziennego zmagania o przetrwanie. Bóg stawiając
na jego drodze człowieka trędowatego, wyprowadził go poza dotychczasowy sposób
patrzenia na człowieka i otworzył na rzeczywistość jego cierpienia i
odrzucenia, dokonując w nim przemiany, która pozwoliła mu przekroczyć własny
lęk i otworzyć się na postawę altruizmu. Spotkanie
z trędowatym okazało się dla syna Piotra Bernardone momentem przełomowym. W chorym wyrzuconym na margines społeczeństwa
dostrzegł pełnowartościowego człowieka, którego obdarzył uwagą, szacunkiem i
miłością. Zwycięstwo odniesione nad własną pychą i egoizmem otworzyło mu drogę
do pochylania się nad człowiekiem w potrzebie, samotnym, odepchniętym przez
wszystkich. Odkrycie Boga, który z miłości rozdał siebie do końca, skierowało
go na drogę „bycia dla innych”, czyli bycia bratem wszystkich, szczególnie
ubogich, cierpiących, niekochanych. Budowanie powszechnego braterstwa w oparciu
o bezwarunkową miłość stało się celem, któremu postanowił poświęcić swe życie[1].
Początkowo Franciszek posługiwał trędowatym, chętnie zatrzymywał się w
leprozoriach, z przyjemnością przebywał wśród tych, od których wszyscy inni
stronili - chorych i ubogich: „Dusza jego miała taką litość wobec chorych i
biednych, że tym, którym nie mógł pomóc pracą rąk, pomagał życzliwym
współczuciem; gdy tylko zauważył u kogoś jakiś brak czy potrzebę, zaraz w jego
intencji zwracał się z gorącą modlitwą do Chrystusa. Ponieważ we wszystkich
ubogich widział obraz Chrystusa, dlatego nawet wówczas, gdy otrzymał dla siebie
coś koniecznego do życia, często dawał to spotkanym biedakom twierdząc, jakoby
była to ich własność, którą im winien zwrócić. Żadnej rzeczy wprost nie
oszczędził – ani płaszcza, ani tuniki, ani książek, ani nawet paramentów
ołtarza, by to wszystko skwapliwie, gdy tylko mógł, oddać potrzebującym, a
nawet, pragnąc wypełnić obowiązek miłosierdzia, był gotów wydać samego
siebie”(Legm III,7,1-5). Zapis w regule braci mniejszych jest jednoznaczny: „I
powinni [bracia] się cieszyć, gdy przebywają wśród ludzi prostych i wzgardzonych,
ubogich i słabych, chorych i trędowatych, i żebraków przy drogach”(1Reg 9,2).
Pierwszy nowicjat braci mniejszych polegał na tym, że Franciszek prowadził
braci do trędowatych, by tam uczyli się pokory i miłosierdzia. Według Zwierciadła doskonałości: „Kiedy bowiem przychodzili
do zakonu tak szlachetnie urodzeni, jak i ludzie prości, mówiono im między
innymi, że trzeba, by pokornie służyli trędowatym i pozostawali w ich
domach”(SpPerf 44).
Spotkanie z trędowatym nauczyło Franciszka także miłosierdzia względem grzesznika. W
średniowieczu trąd postrzegany był jako słuszna kara za grzech, a chory na trąd
bywał osądzany i piętnowany, jakby sam był sobie winien nieszczęścia, które go
spotkało. Franciszek patrząc na trędowatego i mając w pamięci słowa proroka
Izajasza, który cierpiącego i odrzuconego Chrystusa przyrównuje do trędowatego (por. Iz 53), zrozumiał dogłębnie, że Bóg nie odrzuca
grzesznika, gdyż wziął na siebie wszystkie jego słabości i odkupił je własną krwią. Pokutnik z Asyżu świadomy własnych grzechów, szczególnie czasu młodości
zmarnowanego na próżnych zabawach i kreowaniu swego wizerunku w oczach innych,
opłakiwał stracony czas i doświadczył Bożego przebaczenia, co wzmocniło jego
gotowość do przebaczania i bycia miłosiernym wobec grzeszników. Braciom
przypomina w regule: „I bądźmy mocno przekonani, że naszą własnością są tylko
wady i grzechy (1Reg 17,7), ale też wskazuje, jak postąpić wobec innych
grzeszników: „Niech się
strzegą, aby się nie gniewali i nie denerwowali z powodu czyjegoś grzechu, bo
gniew i zdenerwowanie są dla nich i dla innych przeszkodą w miłości”(2Reg 7,3).
W napomnieniu zatytułowanym Nikt nie
powinien się gorszyć grzechem bliźniego poucza: „Słudze Bożemu tylko jedno
nie powinno się podobać: grzech. I jakikolwiek grzech jakaś osoba popełniłaby
i z tego powodu sługa Boży niepokoiłby się i gniewał, ale nie z miłości,
gromadzi sobie winę. Ten sługa Boży wiedzie życie prawe, wolne od przywiązań,
który się nie denerwuje i nie gniewa na nikogo”( (Np 11,1-3). W Liście do Ministra zachęca do dyskrecji
i wyrozumiałości względem błądzącego: „Wszyscy bracia, którzy wiedzą o jego
grzechu, niech go nie zawstydzają i nie zniesławiają, lecz niech okazują mu
wielkie miłosierdzie i zachowują grzech brata swego w całkowitej tajemnicy, bo nie
zdrowi, lecz chorzy potrzebują
lekarza” (LM 15).
Brat Franciszek bardzo wiele miejsca w swoich
pismach poświęcił tematowi wspólnoty i relacji interpersonalnych, ponieważ to
właśnie braterstwo było dla niego największym wyzwaniem i przestrzenią
dojrzewania do pełni człowieczeństwa. Łatwiej jest okazać życzliwość obcym, a
znacznie trudniej budować autentyczne
relacje z tymi, z którymi się żyje na co dzień, których nawyki, czy
przewidywalność mogą przytłaczać i nużyć. Wspólnota
najpełniej weryfikuje cierpliwość, umiejętność przebaczania i wzajemną miłość, szczególnie wspólnota
franciszkańska, która w zamyśle założyciela powinna charakteryzować się
rodzinnymi relacjami: „I gdziekolwiek bracia przebywają lub spotkaliby się,
niech odnoszą się do siebie jak członkowie rodziny” (2Reg 6,7). Okazywał wiele
cierpliwości braciom słabym i przeżywającym wewnętrzne zmagania: „Szczególną
łagodnością darzył i cierpliwie znosił tych chorych, o których wiedział, że są
jak chwiejące się dzieci, dręczone pokusami i upadające na duchu”(Mem 177,1). Wychodził naprzeciw wszystkim, od których inni się
odwracali, np. szczególnie przykrego trędowatego, który bluźnił i odpowiadał
wrogością wobec braci, którzy chcieli mu
pomóc. Nie zrażając się tym Franciszek osobiście zaczął mu usługiwać, dodatkowo
zatroszczył się o jego duszę, doprowadzając do głębokiej skruchy za grzechy (por.
Actus 28). Słusznie zauważył św. Bonawentura: „wydawało się, iż ma macierzyńskie serce w spieszeniu
z pomocą biednym ludziom w ich potrzebach”(Legm III,7,1). Usługiwał biednym i
potrzebującym tak, jakby czynił to względem samego
ubogiego i odrzuconego Chrystusa:„ zawsze patrzył w twarz swego Chrystusa, zawsze dotykał męża boleści, znającego
niemoc (SpPerf
85). Zainspirowany Jego przykładem, zgodnie ze słowami Celano: „w
pilnej medytacji rozważał Jego słowa i oddawał się mądremu rozpatrywaniu Jego
czynów. Przede wszystkim tkwiła mu w pamięci pokora zawarta we wcieleniu i
miłość ujawniona w męce, tak że ledwie mógł o czym innym myśleć”(VbF 84,2). Pociągnięty
przykładem Jego ogołocenia postanowił iść Jego śladami. Biblijnym obrazem,
który szczególnie do niego przemówił było umycie nóg apostołom podczas
ostatniej wieczerzy. Franciszek zapragnął jak Chrystus klękać przed człowiekiem
i służyć mu w zapomnieniu o sobie. Nie małym
wyzwaniem było nauczyć braci postawy służby, szczególnie, gdy pojawiło
się coraz więcej braci wykształconych, kapłanów. W tym celu Franciszek stworzył
figurę matki. W 6 rozdziale reguły zachęca: „Jeśli bowiem matka karmi i kocha
syna swego
cielesnego, o ileż troskliwiej powinien każdy
kochać i karmić swego brata duchowego!”(2eg 6,8).
Wyrazem miłości jest gotowość do przebaczenia i rezygnacja z rozpamiętywania doznanych
krzywd. W Liście do ministra
czytamy: „ I po tym chcę poznać, czy miłujesz Pana i mnie, sługę Jego i twego:
jeżeli będziesz tak postępował, aby nie było takiego brata na świecie, który,
gdyby zgrzeszył, choćby zgrzeszył najciężej, a potem stanął przed tobą, żeby
odszedł bez twego miłosierdzia, jeśli szukał miłosierdzia. A gdyby nie szukał
miłosierdzia, to ty go zapytaj, czy nie pragnie przebaczenia. I choćby tysiąc
razy potem zgrzeszył na twoich oczach, kochaj go bardziej niż mnie, abyś go
pociągnął do Pana; i zawsze bądź miłosierny dla takich” (LM 9-11). Miłość,
która się daje jest cierpliwa, jak w
przypadku opowiadania o radości doskonałej. Gdy pewnej nocy zimą Franciszek
wrócił z Perugii do Porcjunkuli, choć długo pukał do drzwi i prosił, by go
przyjęto, usłyszał jedynie „wynoś się, to nie jest pora stosowna do chodzenia;
nie wejdziesz”(Rad 10). Dla Franciszka jest to powód do radości doskonałej i
argumentuje: „jeśli zachowam cierpliwość i nie rozgniewam się, na tym polega
prawdziwa radość i prawdziwa cnota i zbawienie duszy”(Rad14). Nie zniechęcał
się i nie zatwardzał swego serca, nawet wówczas, gdy doświadczał małoduszności
i odrzucenia ze strony najbliższych, ale starał się łączyć swe cierpienie z
ofiarą Chrystusa.
Jego
miłość względem człowieka wyraża się również w głoszeniu pokuty. Franciszek czynił to z pełnym
zaangażowaniem, motywowany miłością do
człowieka, „Mawiał, że niczego nie należy cenić wyżej, aniżeli zbawienia
dusz”(LegM IX,4,4). Według św. Bonawentury troska o zbawienie dusz była
przyczyną jego zaangażowania: „Stąd pochodziła jego nadzwyczajna gorliwość w
modlitwie, pracowitość w głoszeniu kazań i wielkie poświęcenie w dawaniu
dobrego przykładu”(LegM IX4,6). Po otrzymaniu stygmatów, „ponieważ nie mógł już
swobodnie chodzić z powodu gwoździ wystających pod stopami, polecił, aby
obwożono go na ośle po miastach i wioskach (por. Legm VII,1,2). Pragnienie zbawienia innych było tak wielkie,
że nie tyle nie zważał na własne cierpienie, co gotowy był na śmierć męczeńską.
Franciszek
żył w głębokiej relacji z Bogiem Trójjedynym: za natchnieniem Ducha Świętego
rozpoczął drogę nawrócenia, następnie wiernie wstępował w ślady Chrystusa, który z miłości do
człowieka oddał swoje siły, czas, zdrowie, a wreszcie życie, umierając na
krzyżu. Nie dziwi więc, że życie świętego z Asyżu było ciągłym dawaniem siebie, jak zauważył
Celano: „gotów był samego siebie
rozdać”(Mem 181,5). Wszystkich napotkanych na swojej drodze ludzi postrzegał
jako Boży dar i starał się doprowadzić tam, dokąd sam zmierzał, czyli do domu
Ojca. Na uprzywilejowanej pozycji byli jego bracia: „Sądził, że nie zostanie
zbawiony, jeśliby razem ze sobą nie zbawił tych, co zostali mu powierzeni,
których zrodził jego duch z większym trudem, aniżeli rodzą łona matczyne”(Mem
174,5). W modlitwie zatytułowanej Wykład
modlitwy Ojcze nasz, zachęca: „i bliźnich naszych kochajmy jak siebie
samych, wszystkich pociągając według sił do Twojej miłości, ciesząc się z dobra
innych jak z własnego i współczując w nieszczęściu i nikomu nie dając żadnego
zgorszenia”(On 5) oraz „i byśmy starali się w Tobie wszystkim służyć pomocą”(On
8). Wspaniałomyślność i zdolność patrzenia na rzeczywistość w szerszym
kontekście, to cechy charakteryzujące Franciszka. Gdy pewnego razu matka dwóch
braci poprosiła go o jałmużnę, choć w ubogiej wspólnocie nie było niczego czym
można by ją wspomóc, z wyjątkiem Nowego Testamentu używanego do sprawowania
liturgii, Święty polecił wikariuszowi: „Daj matce naszej Nowy Testament, żeby
go sprzedała na swoją potrzebę, ponieważ tenże Nowy Testament każe nam
wspomagać biednych. A wierzę, że Bogu bardziej podoba się ta darowizna, aniżeli
nasze czytanie”(Mem 91,6). Choć Franciszek przywiązywał
wielką wagę do liturgii i otaczał Słowo Boże szczególnym szacunkiem, nie
przeszkodziło mu to okazać czynnej miłości człowiekowi w potrzebie.
S. Chrystiana A. Koba CMBB
[1] W. Block OFM Cap, Wszystkim chrześcijanom. Duchowość Franciszka z Asyż, w: tom 1: Łaska początków, wyd. Serafin, Kraków 2013 , s. 45.



