wtorek, 3 września 2024

ludzka strona świętego

 

Franciszek z Asyżu - ludzki święty

 

Świadectwa tych, którzy osobiście spotkali św. Franciszku z Asyżu są bardzo różnorodne, a niekiedy sprzeczne ze sobą. Jedni gardzili nim i poddawali w wątpliwość jego autentyzm, inni zauroczeni magnetyzmem jego osoby pozwalali się porwać świeżości nauki, którą głosił nie tylko słowem, ale nade wszystko życiem. I tak sułtan Egiptu Malik al-Kamil, pozostając pod wrażeniem jego odwagi i ubóstwa, „podziwiał go jako kogoś innego niż wszyscy pozostali”(Vb 56), podczas, gdy biskup Terni Rajner wskazując na niego palcem, publicznie nazwał „człowiekiem wzgardzonym i nieuczonym”(CAss 10, 4). Jaki w istocie był Franciszek z Asyżu? Jak postrzegali go ci, którzy żyli z nim na co dzień? Czy można określić cechy jego osobowości, wreszcie: na czym polega fenomen tego Świętego?

Od dziecka otoczony troskliwą opieką, jako, że „był zawsze słabego zdrowia (…) był człowiekiem kruchym i wątłym z natury”(SpLem 20,14). W młodości dał się poznać jako rozpieszczony przez rodziców lekkoduch, jak sam później wyznał, „często pożywienie miał wykwintne i dobrane, gdyż nie tknąłby się nawet potraw, których nie lubił”(3Soc 22,2). Autor Zbioru Asyskiego potwierdza: „od młodości był człowiekiem delikatnym i słabym fizycznie i będąc w świecie nie mógł żyć inaczej, jak tylko otoczony troskliwą opieką”(CAss 50,21). Gdy posiadł umiejętność liczenia, czytania i pisania, ojciec zaczął wdrażać go w arkana kupiectwa licząc, że w przyszłości nie tylko przejmie rodzinny interes, ale rozwinie go i znacznie powiększy - i tak już spore bogactwo. W istocie, młodzieniec okazał się utalentowanym i zręcznym kupcem, a inteligencja, bystrość umysłu, pogoda ducha, komunikatywność i wspaniałomyślność przysparzały mu powszechnej sympatii. Szybko dał się poznać jako ekscentryczny lider asyskiej młodzieży i sprawny organizator dobrej zabawy. W tej roli czuł się znakomicie, był bowiem duszą towarzystwa i lubił być w centrum zainteresowania. Pierwszy biograf tak charakteryzuje młodzieńcze lata Franciszka: „prawie do dwudziestego piątego roku życia mizernie tracił i trwonił swój czas. A nawet bardziej grzesznie niż jego rówieśnicy brnął w próżności, podżegał ich do złego i bardziej od nich hołdował głupocie. Wzbudzał ogólny podziw, a w pogoni za próżną chwałą nie dał się nikomu prześcignąć w żartach, w krotochwilach, w dowcipach, w piosenkach, w miękkich i powiewnych strojach”(VbF 1, 1-3). Autor Relacji Trzech Towarzyszy precyzuje: „ nie miał żadnego umiaru w ubieraniu się, sprawiał sobie zawsze droższe szaty niż mu przystało. W swej płochości był tak bardzo próżny, że czasami nakazywał szyć dla siebie ubranie częściowo z bardzo drogiego materiału, a częściowo z bardzo lichego” (3Soc 2,7-8).

Obracał się niemal wyłącznie w środowisku wyższej klasy społecznej (maiores), pośród szlachty i rycerstwa, z pasją chłonąc rycerskie opowieści o wojnach i miłosnych podbojach, z rozmarzeniem słuchając pieśni wędrownych trubadurów i przygodnych minstreli. Jakże trafne wydaje się więc stwierdzenie Celano, że: „jako młodzieniec był tak układny w postępowaniu, że robił na wszystkich wrażenie, jakoby pochodził z wyższej sfery, nie od swoich rodziców”(Mem 4,5). Umiłowanie muzyki i śpiewu towarzyszyły mu do ostatnich dni, jeszcze  na łożu śmierci każe braciom śpiewać Pieśń Brata Słońca.

Cechowała go szlachetność w postępowaniu i wyrażaniu się, „tak, że nie powiedział nikomu słowa uwłaczającego i grubiańskiego, co więcej, będąc młodzieńcem wesołym i swobodnym postanowił sobie nie reagować w ogóle na nieprzyzwoite słowa”(3Soc 3,1). Także w późniejszym życiu unikał plotkarzy: „jeśli kiedy gadali, zakrywał uszy, żeby nie skalać swego słuchu”(Mem 182,3), a na oszczerców polecał nakładać ciężkie kary.

Dworskość była jego stylem bycia, który zachował na całe życie i nawet po nawróceniu i wyborze życia wśród ubogich i trędowatych, nie przeszkodziła mu w realizacji ewangelicznych ideałów, lecz okazała się skutecznym sposobem oddziaływania na społeczeństwo, pomostem łączącym dwie, wydawać by się mogło nie przystające do siebie rzeczywistości: zabawę i pokutę. To twórcze, pionierskie połączenie ukazuje niespotykaną odwagę i śmiałość przekraczania konwenansów przez tego, który najpierw aspirował do pozycji dworzanina i rycerza będąc tylko kupcem, a następnie przekroczył inną barierę swych czasów: nie mając święceń kapłańskich, zdecydował się być jednym z tych, którzy publicznie głoszą, a nawet wprowadzają do liturgii Kościoła nowatorskie rozwiązania.

Wejście na drogę nawrócenia spowodowało, że Franciszek zmienił ukierunkowanie, wybrał nowego Pana swego życia i Jemu podporządkował wszystkie dążenia. Mimo to wciąż pozostał sobą -radosnym kuglarzem, skutkiem czego jak magnes przyciągał do siebie rzesze ludzi urzeczonych jego oryginalnością. Pomocną mu była pomysłowość, ekspresja, upodobanie w teatralnych gestach i formach wyrazu, z których korzystał celem wzmocnienia zamierzonego efektu. Tak było na przykład w czasie kazania dla mieszkańców Asyżu, gdy Franciszek zapragnął publicznie się upokorzyć. W bramie miasta nakazał jednemu bratu, by uwiązał mu powróz u szyi i ciągnąc przez całe miasto jak przestępcę, wołał głosem herolda: „Oto widzicie obżartucha, który tuczył się kurzym mięsem, które zajadał, a wyście tego nie widzieli”(VbF 52, 5). Inny brat uczestniczący w tym przedstawieniu miał dodatkowo wysypać na jego głowę miskę popiołu. (por. CAss 80).Z pewnością był to nietuzinkowy sposób głoszenia, mocno oddziałujący na słuchaczy. „ Jego słowo było jak płonący ogień, przenikało głębiny serca i umysły wszystkich napełniało podziwem. Zdawał się być całkowicie innym, niż był przedtem, a patrząc w niebo, nie chciał spoglądać na ziemię”(VbF 23,2). Już samo pojawienie się Franciszka skutkowało powszechnym entuzjazmem i gromadziło tłumy. To właśnie w otoczeniu tłumu najpełniej ujawniał się magnetyzm jego oddziaływania na pojedynczego słuchacza. Według relacji Celańczyka: „Bardzo często, kiedy głosił Słowo Boże wśród wielu tysięcy ludzi, był tak spokojny, jakby prowadził przyjacielską rozmowę z socjuszem. Nawet największą rzeszę ludzi traktował jakby jednego człowieka, a do jednego przemawiał z taką samą pilnością, jak do wielkiego zgromadzenia”(VbF 72,4). Widać tu jego wyjątkową zdolność empatii, wyczuwania uczuć, pragnień i wewnętrznych bolączek. Doświadczył tego osobiście kard. Hugolin, który „nigdy nie był aż tak zmieszany, czy wzburzony w duchu, żeby po spotkaniu i rozmowie ze świętym ojcem, nie odeszła od niego wszelka pochmurność i nie stał się znów pogodny”(Vb 80).

Od młodości cechowała go pełna szacunku postawa otwartości na człowieka, dlatego: „Czcił prałatów i kapłanów świętego Kościoła. Czcił także starszych; szlachciców i bogatych szanował; ubogich zaś kochał serdecznie i im współczuł. Dla wszystkich wreszcie okazywał się poddanym sługą”(De inceptione 37,5). Celańczyk potwierdzając Franciszkową postawę powszechnego braterstwa, zaznacza: „ górował nad wszystkimi sercem wolnym i szlachetnym. Ci, którzy doświadczyli jego wielkoduszności, wiedzą, jak we wszystkim był wolny, jak wyrozumiały, jak we wszystkim bezpieczny i odważny, z jaką mocą, z jakim zapałem ducha podeptał wszystko, co światowe”(VbF 120,7).

 Właśnie światowość stanowiła klimat jego wzrastania. Od najmłodszych lat przyzwyczajony do luksusu kochał przepych, bogactwo i elegancję, stąd niemal „naturalnie aspirował do górowania nad innymi, dzierżenia prymatu. Wierzył w świetlaną przyszłość: „Cóż myślicie o mnie? Jeszcze będę uwielbiany przez cały świat”(3Soc 4,4). Jego przyszłość jednak nie mogła wiązać się, wbrew oczekiwaniom ojca, z karierą kupiecką, gdyż Franciszek był naturalnie hojny, a nawet rozrzutny i lekką ręką marnotrawił ojcowski majątek: „ wszystko co miał lub zarobił, trwonił na uczty i inne zabawy”(3Soc 2,3). Wspomagał też potrzebujących, starając się, by proszący o wsparcie nigdy nie odeszli z pustymi rękami.

Był bardzo wrażliwy na los ubogich i chorych. Ich towarzystwo, choć prowokowało do szukania odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia, nie przeszkadzało mu, wręcz „lubił przebywać wśród ubogich rozdzielając obficie jałmużny”(3Soc 3,4). Według św. Bonawentury podjętemu w młodości postanowieniu, by nigdy nie odmówić proszącemu w imię Bożej miłości, „z niesłabnącą gorliwością pozostał wierny aż do śmierci”(LegM I,1,5). Doktor Seraficki zapisał też: „wydawało się, iż ma macierzyńskie serce w spieszeniu z pomocą biednym ludziom w ich potrzebach (…) Dusza jego miała taką litość wobec chorych i biednych, że tym, którym nie mógł pomóc pracą rąk, pomagał życzliwym współczuciem, gdy tylko zauważył u kogoś jakiś brak czy potrzebę, zaraz w jego intencji zwracał się z gorącą modlitwą do Chrystusa. Ponieważ we wszystkich ubogich widział obraz Chrystusa, dlatego nawet wówczas, gdy otrzymał dla siebie coś koniecznego do życia, często dawał to spotkanym biedakom twierdząc, jakoby była to ich własność, którą im winien zwrócić. Żadnej rzeczy wprost nie oszczędził – ani płaszcza, ani tuniki, ani książek, ani nawet paramentów ołtarza, by to wszystko skwapliwie, gdy tylko mógł, oddać potrzebującym, a nawet, pragnąc wypełnić obowiązek miłosierdzia, był gotów wydać samego siebie.”(Legm III,7,1-5).

Cenił sobie bliskość natury: piękne widoki, potęgę żywiołów, obecność zwierząt, urok kwiatów. Wszystko to współgrało z jego zmysłem estetycznym i odnosiło go do Boga. Cennego świadectwa dostarcza Zwierciadło doskonałości: „My, którzy byliśmy z nim, widzieliśmy, że tak bardzo cieszył się wewnętrznie i zewnętrznie prawie wszystkimi stworzeniami, iż wydawało się, że gdy je dotykał lub widział, duch jego był nie na ziemi lecz w niebie”(SpPerf 118,10). Św. Bonawentura upatruje źródło wyjątkowo bliskiej relacji Franciszka z naturą w jego ubóstwie oraz uznaniu Boga za początek wszelkiego istnienia, skutkiem tego „pełen prostoty i prawości przywrócony został do stanu pierwotnej niewinności”(Legm III,6,5).

Jego domeną była duchowa głębia i zdolność radykalnego zawierzenia Bogu, która zaowocowała oddaniem Mu pełnej kontroli nad własnym życiem. Refleksyjna natura, dociekliwość w poszukiwaniu prawdy oraz odwaga poddania w wątpliwość dotychczasowego sposobu myślenia,  sprzyjały metanoi i pozwoliły mu rozpocząć życie według wskazań Ewangelii. To nowe życie wymagało przewartościowania. O ile dotychczas był skoncentrowany na sobie „oczekiwał podziwu we wszystkich swych uczynkach” (Vb 2), o tyle dotknięcie Boga sprawiło, że „nie chciał być zauważany. Na wszelki sposób uciekał przed podziwem, by nie popaść w próżność”(VbF 54,4). Do głębi przeświadczony o własnej niedoskonałości, przekonywał o niej innych, by w ten sposób uchronić się przed niebezpieczeństwem pychy i wyniosłości. Mówił: „Jestem większym grzesznikiem, niż jakikolwiek inny człowiek żyjący na tym świecie” (CAss 65, 21). Zgodnie ze świadectwem Celano: „Wydawało się, że zapomniał o własnych zasługach, upatrywał w sobie same braki, większy nacisk kładł na to, czym nie był, aniżeli na to, czym był” (Mem 140,6). Prostota i pokora stały się w krótkim czasie jego cechami charakterystycznymi, cenił je także u innych, szczególnie swoich braci, których zachęcał, by „żyli w zgodzie ze wszystkimi ludźmi i względem wszystkich okazywali się jak małe dzieci”(CAss 19,1).

Od momentu wejścia na drogę nawrócenia „strzegł ewangelicznej perły”(por. 3Soc 8,2) i rzadko oraz zdawkowo dzielił się tym, czego Pan Bóg pozwolił mu doświadczyć w życiu duchowym. Twierdził:„ Błogosławiony sługa, który w niebie gromadzi dobra, jakie Pan mu okazał i nie pragnie ujawniać ich ludziom dla zdobycia uznania, bo sam Najwyższy okaże jego czyny tym, którym zechce”(Np 28). Przykładem jego powściągliwości jest chęć ukrycia faktu stygmatyzacji, czy surowych praktyk pokutnych, np. wtedy, gdy zaproszony na posiłek przez ludzi świeckich, zjadał tylko odrobinę smacznych pokarmów, zawsze znajdując jakąś wymówkę, by nie domyślono się, że odmawia sobie z powodu umartwiania się (por. 3Soc 15,1).

Pracowitość i sumienność to cechy, które ujawniły się już w początkach nawrócenia, po otrzymaniu misji odbudowy zrujnowanego Kościoła, bowiem „kiedy pocił się przy remoncie tego kościoła, zgodnie z rozkazem, jaki otrzymał od Chrystusa, stał się z delikatnego paniczyka twardym mężczyzną, zaprawionym do trudu”(VbF 14,3). W testamencie wspomina: „I ja pracowałem własnymi rękami i pragnę pracować i chcę stanowczo, aby wszyscy inni bracia oddawali się pracy”(T 20). Oprócz podkreślonej przez Celano płochości i niezwykłej śmiałości (por. VbF 4,6), był z pewnością odważny, solidarny z innymi mieszkańcami rodzinnego Asyżu i gotowy ryzykować życiem, by walczyć w słusznej sprawie, jak miało to miejsce w 1202 roku podczas zbrojnego konfliktu Asyżu z Perugią. Więzienie w Perugii, w którym znalazł się po przegranej bitwie pod Collestrada ujawniło szlachetność jego charakteru, gdy bowiem jeden z rycerzy, z którymi był więziony znieważył towarzysza niedoli wskutek czego został odrzucony przez innych, tylko Franciszek nie odmówił mu swego towarzystwa i innych zachęcał do tego samego (por. 3Soc 4,5).

Analiza etapów nawrócenia Franciszka odsłania jego duchowy rozwój, bohaterstwo, otwartość wobec nowych doświadczeń, zdolność podejmowania wciąż nowych wyzwań. Gdy w Spoleto usłyszał głos wzywający do powrotu do rodzinnego miasta, uczynił to natychmiast, nie zważając na ludzkie sądy i kpiny. Podobna determinacja oraz pilność we wprowadzaniu w życie Bożych natchnień i ewangelicznych wskazań, towarzyszyła mu odtąd stale: „Nie był bowiem głuchym słuchaczem Ewangelii, ale wszystko, co słyszał, zachowywał w chwalebnej pamięci i starał się wypełnić dokładnie, co do litery”(VbF 22,10). Świadczy to o jego sumienności i ambicji. Był radykalny i gorliwy we wszystkich swoich działaniach: „pilny i żarliwy w modlitwach, postach, czuwaniach, kazaniach i podróżach apostolskich, w troskliwości i współczuciu dla bliźnich, we wzgardzie dla siebie samego” (3Soc 68,3). Ta żarliwość nie tyle nie osłabła z wiekiem, ale wręcz wzmogła się. Mimo braku sił chciał powrócić do pierwotnej surowości życia i pracy, a braci zachęcał: „Bracia, zacznijmy służyć Panu Bogu, ponieważ dotychczas prawie niceśmy nie postąpili, albo bardzo niewiele. Nie sądził, że już osiągnął cel, ale niestrudzenie trwał w świętym nastawieniu na nowe i zawsze chciał zaczynać od początku”(VbF 102,6).

Stałość i wierność raz obranym celom dobrze oddają słowa: „Nie cofnął się, aż to, co niegdyś doskonale rozpoczął, jeszcze doskonalej wypełnił (…) nigdy nie ustał w biegu do doskonałości”(Mem 210,1).

Najwięcej o Franciszku powiedzieć mogliby bracia, z którymi żył na co dzień, którzy towarzyszyli mu w radościach i smutkach. Braterstwo stanowiło dla niego wartość priorytetową, którą kształtował przez odpowiedzialny i pełen szacunku stosunek do braci. Każdego z nich przyjął z życzliwością, akceptacją i wdzięcznością, jako Boży dar (por. T 14). Podjął się sumiennego wdrażania ich w ewangeliczny sposób życia i „ po uprzednim poradzeniu się Pana, według swego uznania, dawał braciom napomnienia, nagany i rozkazy. Wszakże wszystko, co mówił im słownie, najpierw z przejęciem i gorliwie pokazywał im w czynie”(De inceptione 37, 3). Względem braci wykazał się troskliwością, zrozumieniem i ogromnym szacunkiem dla ich wrażliwości i odmienności . Nie bał się zaufać i pozostawić im sporą przestrzeń wolności, o czym świadczy chociażby rada udzielona bratu Leonowi: „jakikolwiek sposób wydaje ci się lepszy, aby podobać się Panu Bogu i iść Jego śladami, i za Jego ubóstwem, postępuj tak z błogosławieństwem Pana Boga i z moim pozwoleniem.” (LL,3). Jako nauczyciel braci był wymagający i konsekwentny: „Nie cierpiał w sobie lub innych, aby coś godnego kary uszło bezkarnie”(Jl 24,8). Cechowała go wyrozumiałość i troska. Choć sam stosował surowe praktyki pokutne, swych braci napominał: : „Bracia moi, tak mówię wam, aby każdy z was zważał na swój organizm (…) niech dostarczy swojemu ciału to, co konieczne” (CAss 50,11). Dostrzec tu można rozdźwięk między surowym odniesieniem do własnego ciała, a łagodnością w stosunku do braci (por. Mem 129,5). Sprzeczność ta nie burzy jednak zadziwiającej harmonii między jego ciałem i duchem: „Taka była w nim zgodność ciała z duchem, takie posłuszeństwo, że kiedy on usiłował osiągnąć świętość, to ono [ciało] nie tylko nie przeciwstawiało się, ale starało się go uprzedzać”(VbF 97,5).

Potrafił z braćmi zgodnie współpracować, w razie potrzeby ustąpić, ale też zawalczyć o to, by przeprowadzić do końca coś, co postrzegał jako Bożą wolę. Jest to szczególnie widoczne, gdy weźmie się pod uwagę jego determinację i trud włożone w obronę ewangelicznego ideału oraz przygotowanie wraz z braćmi tekstu reguły. Choć oficjalnie zrzekł się przełożeństwa, w rzeczywistości do końca odpowiedzialnie kierował zakonem, skutecznie wpływając na kierunek jego rozwoju.

 W odbiorze był jednoznaczny i klarowny, niekiedy postrzegany jako surowy, gdyż według Celano „był bardzo stanowczy i nie zważał na nic, jak tylko na to, co należało do Pana”(VbF 72,3). Ta stanowczość w połączeniu z ewangelicznym radykalizmem oraz impulsywnością budziły respekt. Gdy jeden z braci wbrew wyraźnemu zakazowi udał się do żeńskiego klasztoru, zgodnie z relacją Memoriale Franciszek „surowo go zgromił, miotając słowa trudne do powtórzenia” (Mem 206,1). Podobnie bratu, który przybył do niego bez obediencji, zabrał kaptur i wrzucił do ognia. Nikt z obecnych nie próbował go wyciągać, jako że „bano się wzburzonego nieco oblicza ojca”(Mem 154,2). Gwałtowne reakcje Franciszka prowokowali szczególnie bracia dopuszczający się publicznego zgorszenia, a wówczas „publicznych gorszycieli karał surowym przekleństwem(por. LegM VIII,3). Zdarzały mu się reakcje raptowne, nie przemyślane , których później żałował. Było tak choćby wtedy, gdy znużony nachalnymi prośbami pewnego nowicjusza udzielił mu pozwolenia na posiadanie psałterza, jednak po namyśle pożałował tego, uklęknął przed nim i przyznał się do błędu (por. CAss 105). Autentyczny w swym postępowaniu „działał we wszystkim otwarcie, bez żadnej obłudy”(VbF 36,2).

Mimo wyjątkowo gwałtownych, niekiedy reakcji, powszechnie postrzegano go jako człowieka pokoju, łagodnego i ugodowego, troszczył się bowiem o jedność wśród braci, przywrócenie pokoju między zwaśnionymi ludźmi (por. CAss 84 ), a nawet całymi miastami (por. Mem 37).

Cechowało go personalistyczne spojrzenie na człowieka, zawsze uwzględniał indywidualną kondycję człowieka i starał się dostosowywać do niej swoje zachowanie: „Szczególną łagodnością darzył i cierpliwie znosił tych chorych, o których wiedział, że są jak chwiejące się dzieci, dręczone pokusami i upadające na duchu. W stosunku do nich unikał szorstkich nagan, tam gdzie nie widział niebezpieczeństwa grzechu; oszczędzał rózgi, żeby oszczędzić duszy”(Mem 177,1-2).

Był pewny siebie i prostolinijny, czego dowodem są jego liczne, rzeczowe rozmowy z wielkimi tego świata: burmistrzem, kardynałami, opatami, sułtanem, a nawet papieżami. Nie bał się prosić, a nawet napominać, powołując się na Boski autorytet.

Tomasz z Celano, który znał Franciszka osobiście, jako jedyny z biografów przekazał nam szczegóły jego wyglądu, a także sposobu bycia: „jak wyglądał pięknie, jasno i chwalebnie w niewinności życia, w prostocie słów, w czystości serca, w miłości Boga, w ukochaniu braci, w gorącym posłuszeństwie, w zgodnej uległości, w anielskim wejrzeniu! Słodki w obyczajach, miły z natury, przyjemny w mowie, bardzo uprzejmy w zachęcaniu, jak najbardziej wierny w dochowaniu sekretu, roztropny w radzie, skuteczny w działaniu, upodobany przez wszystkich. Spokojny umysłem, słodki duchem, trzeźwy myśleniem, porwany kontemplacją, wytrwały w modlitwie i żarliwy we wszystkim. Stały w postanowieniach, niewzruszony w cnocie, wytrwały w życzliwości i taki sam we wszystkim. Szybki do przebaczania, nieskory do gniewu, lotny w pojmowaniu, znakomity w pamięci, subtelny w rozumowaniu, oględny w wyborze, a we wszystkim prosty. Surowy dla siebie, miłosierny dla innych, taktowny we wszystkim”(VbF 83,1).

W Memoriale dodaje: „chociaż nie studiował żadnych nauk, to jednak uczył się od Boga tej mądrości, co w górze jest i oświecał się blaskiem wiecznego światła, dlatego wcale niezgorzej rozumiał Pismo Święte. Jego czysty umysł, wolny od wszelkiego skażenia, przenikał skrytości tajemnic. Tam, gdzie nie docierał poprzez wiedzę szkolną, dochodził za pomocą kochającej miłości. Czasami czytał Pismo Święte, a co raz zapadło mu w duszę, zapisywał na zawsze w sercu. Miał pamięć do ksiąg Pisma Świętego, a to dlatego, że co raz usłyszał, przetrawiał z nabożną miłością”(Mem102,1-4). Benedyktyńscy opaci i uczeni dominikanie, którzy zetknęli się z Franciszkiem byli pod wrażeniem jego mądrości i duchowej głębi.

 Celano wspomina nawet o sumieniu Franciszka: „Jego sumienie świadczyło o całkowitej niewinności, wszakże nie dawało mu spokoju, dopóki poprzez bardzo pilne czuwanie nad sobą nie uleczył i nie uzdrowił zranionego ducha” (VbF54,3). Choć wrażliwe sumienie nie wyrzucało mu grzechu, on jednak starał się naprawić najmniejsze nawet niedoskonałości, niejednokrotnie kosztem własnego upokorzenia: „Pragnąc aby wszyscy uważali go za całkowicie lichego, nie wstydził się wyznawać swoich grzechów w kazaniach, ale też jeśli coś złośliwego o kimś pomyślał, wyznając to temu, o kim myślał, pokornie prosił go o przebaczenie”(Bess 33,6). Ponieważ Franciszek wielokrotnie przedstawiał się publicznie jako wielki grzesznik, a prywatnie nigdy nie spowiadał się z nieczystości cielesnej, jego przyjaciel i spowiednik br. Leon postanowił dowiedzieć się, czy rzeczywiście jego penitent jest wolny od tego rodzaju przewinień. Choć nie śmiał zapytać o to wprost, niewinność Franciszka została mu cudownie objawiona. Autor tego świadectwa Bernard z Bessy postuluje, że dziewicza czystość Franciszka nagrodzona została przez Boga łaską stygmatów (por. Bess 5,14-15).

Analiza Franciszkowej relacji z Bogiem odsłania jego bogatą osobowość, zdolną budować trwałą, intymną więź wyłącznej miłości: „jak codziennie i stale głosił Jezusa, jak słodko i rozkosznie rozprawiał o Nim, jak łagodnie i z pełną miłością rozmawiał na Jego temat. Z obfitości serca usta mówią. Światłe źródło miłości napełniało jego całe wnętrze i biło na zewnątrz. Zaprawdę bardzo dużo miał wspólnego z Jezusem. Jezusa nosił w sercu, Jezusa na ustach, Jezusa w uszach, Jezusa w oczach, Jezusa na rękach, Jezusa w całym ciele”(VbF 115,3-5). Był autentycznym świadkiem Boga, co jednoznacznie poświadczyli ci, którzy mieli z nim kontakt.

U Franciszka widoczne jest połączenie dwóch cech osobowości: intro i ekstrawersji. Przed nawróceniem, gdy jego zachowania były spontaniczne, a wola nie poddana pracy nad sobą i posłuszeństwu Duchowi Świętemu, dał się poznać jako klasyczny ekstrawertyk skupiający na sobie uwagę otoczenia, otoczony rzeszą rówieśników: „ popularny i lubiany ciągnął za sobą niegodziwy ogon wielu, którzy (…) przylgnęli do niego i którzy szli za nim jak za głową i wodzem” (JL1,5). Po nawróceniu natomiast, gdy„ wszedł w siebie i zaczął się zastanawiać”(VbF 3,2), dokonał przewartościowania i zwrócił się w kierunku Boga ze szczerym postanowieniem, by pełnić tylko Jego wolę i żyć Ewangelią. Odtąd coraz bardziej wolny od presji opinii publicznej i chęci przypodobania się jakiemukolwiek człowiekowi, poszukuje samotności, w której rozkoszuje się przebywaniem z umiłowanym Bogiem, syci się Jego mądrością, by następnie powodowany troską o zbawienie dusz oraz wypełnienie Bożego wezwania, z wielkim poświęceniem wzywać do pokuty. Pomogła mu w tym cecha ekstrawersji. Introwersja natomiast przyczyniła się do przerywania misji głoszenia systematycznymi pobytami na pustelniach, by następnie z nowym zapałem kontynuować działania apostolskie. Tak więc dwie przeciwstawne cechy osobowości u Franciszka bezkonfliktowo współistniały i naprzemiennie ujawniały się w jego życiu osobistym, braterskimi, misyjnym pomagając mu wypełnić otrzymane od Boga powołanie.

Do fenomenu św. Franciszka z Asyżu należy fakt, że choć obdarowany tak niezwykłymi łaskami jak stygmatyzacja, czy zdolność uzdrawiania, mimo stałego obcowania z Bogiem i wielkiego upodobnienia do Niego, pozostał tak bardzo ludzki i bliski szczególnie najsłabszym oraz ubogim materialnie, moralnie i duchowo. Fascynuje droga, jaką przeszedł od zniewolenia koncentracją na sobie i marzeniem o własnej wielkości, do wolności dawania siebie w miłości i radości Bożego dziecka.

Tak na pytanie o fenomen Franciszka odpowiada br. Emil Kumka OFM Conv: „Wytłumaczenie jest jedno - miłosierdzie, które u niego jest odbiciem miłosierdzia Boga, doznanego i przyjętego w pełni, jako mocy przemieniającej i przewartościowującej całe istnienie osoby”[1].

S. Chrystiana Anna Koba CMBB


fot. Sacro Convento 2023, Francesco con la cicala

 



[1] O. Emil Kumka OFM Conv, Co zrobiłby św. Franciszek?, wyd. Bratni Zew, Kraków 2022 r., str. 17.

niedziela, 30 czerwca 2024

wola Boża

 Filozofia św. Franciszka z Asyżu

Gdy doszli do rozstaju dróg, brat Masseo skierował na Franciszka pytające spojrzenie, spodziewając się, że wskaże drogę. Rzeczywiście, ten, który w chwilach niepewności zwykł był pytać swego Boga o zdanie, powiedział krótko: Tą drogą pójdziemy, którą zechce Bóg, po czym kazał mu stanąć pośrodku i z zamkniętymi oczami szybko kręcić się w kółko, jak to czasem robią małe dzieci. Zdumiony Masseo bez słowa sprzeciwu przystąpił do wypełniania polecenia i obracał się tak długo, aż zakręciło mu się w głowie i upadł. – W jakim kierunku zwrócona jest twoja twarz? - Spytał Franciszek. - W kierunku Sieny odparł. -„To jest droga, którą mamy iść według woli Pana” (Actus 11), pewnym głosem oznajmił Franciszek. Choć epizod ten może wydawać się infantylny i nie do końca przystający do aury mądrości jednego z największych Świętych - Franciszka z Asyżu, jednak trafnie ukazuje jego życiową koncepcję, którą św. Bonawentura ujął w słowach: „Ze szczególnym oddaniem starał się poznać, na jakiej drodze i w jaki sposób mógłby doskonalej służyć Bogu, zgodnie z Jego upodobaniem”(LegM 12,2).

Tej orientacji na wolę Bożą nie nauczył się w domu rodzinnym, gdyż stamtąd wyniósł raczej skłonność do samouwielbienia i planowania swego życia z rozmachem, w nastawieniu na sukces i długotrwałe korzyści. Pierwszym impulsem do zmiany myślenia, a co za tym idzie, także postępowania, było doświadczenie cierpienia i kruchości ludzkiej egzystencji, które stało się jego udziałem podczas wojny z Perugią zakończonej niewolą oraz przedłużającą się chorobą. Pod wpływem cierpienia „wszedł w siebie i zaczął się zastanawiać”(VbF 3,2). Św. Bonawentura interpretuje ten czas jako przygotowanie duszy do zbawczego działania Ducha Świętego (por. LegM 1,2,2). Jego bezpośrednie oddziaływanie dało się zaobserwować nieco później, w Spoleto. Tam Franciszek ponownie doświadczył słabości ciała, co przerwało podróż do Apulii i pogrzebało marzenia o sławie i spektakularnych czynach. Bolesne rozczarowanie znalazło ujście w szczerej modlitwie-pytaniu, która spontanicznie wypłynęła z jego serca: „Panie, co chcesz, abym czynił?(3Soc 6,7).W odpowiedzi usłyszał wezwanie do powrotu , by w Asyżu otrzymać światło odnośnie przyszłości. Nie zwlekając wrócił do rodzinnego miasta i pielęgnując w sercu pamięć niezwykłego spotkania, niemal każdego dnia udawał się do ustronnej groty w pobliżu Asyżu, by tam w żarliwej modlitwie błagać Boga o objawienie Jego woli. Pewnego dnia usłyszał w odpowiedzi następujące słowa: „Franciszku, trzeba, abyś to wszystko co kochałeś i pragnąłeś posiadać według ciała, uznał za godne wzgardy i nienawiści, jeżeli chcesz znać moją wolę”(3Coc 11,1). Niezrozumiała początkowo obietnica znalazła swe wypełnienie w konfrontacji z trędowatym, która przez trud przełamania własnego egoizmu i pychy, stała się początkiem świadomej drogi pokuty, o czym pod koniec życia Franciszek zaświadczył w Testamencie: „Mnie, bratu Franciszkowi Pan dał tak rozpocząć życie pokuty…”(por. T 1).

Odkrywanie nowej drogi, jaką Bóg wyznaczył Franciszkowi w Kościele dokonywało się stopniowo i wymagało od niego rezygnacji z własnych projektów, a także modlitewnego skupienia oraz posłuszeństwa natchnieniom Ducha Świętego. Domagało się także cierpliwości i pokornej akceptacji faktu, że to Bóg jest Panem czasu i to On decyduje, kiedy przyjdzie zrozumienie umożliwiające postawienie kolejnego kroku na drodze nawrócenia. Franciszek nie jeden raz doświadczył bolesnych ciemności i oczekiwania w niepewności na objawienie się woli Bożej. Było tak chociażby w początkach nawrócenia, gdy u stóp krzyża san Damiano modlił się słowami: „rozjaśnij ciemności mojego serca”, także po odbudowie trzech zrujnowanych kościołów, gdy przez ponad dwa lata prowadził samotne życie pokutnika, aż do momentu otrzymania Słowa, które nakreśliło przed nim jasną wizję życia radami ewangelicznymi. Te okresy ciemności wymuszały na nim poruszanie się niejako po omacku, opierając się jedynie na wierze, że czuwa nad nim dobry Bóg, który ma najlepszy scenariusz dla jego życia. Tej zasady trzymał się stale, stąd autor Zbioru Asyskiego mógł napisać: „Błogosławiony Franciszek od czasu swego nawrócenia aż do dnia swojej śmierci starał się usilnie, aby zawsze - w czasie zdrowia i choroby – poznawać i wypełniać wolę Pana”(De inceptione 6). Bóg przekazywał mu swą wolę bezpośrednio, podczas modlitwy, o czym zaświadczył w słowach: „Pan w swoim miłosierdziu udzielił mi tej łaski, że w modlitwie otrzymuję jeszcze rozeznanie wszystkiego, co Mu się podoba, lub nie podoba”(Spec Perf 67,15). Takim bezpośrednim objawieniem woli Bożej było wezwanie do odbudowy Kościoła, które otrzymał w czasie modlitwy w San Damiano ( por. 3 Soc 13). Nierzadko przekaz woli Bożej miał miejsce podczas proroczych snów i wizji (sen o pałacu pełnym zbroi rycerskiej - Mem 6; tajemniczy dialog w Spoleto - 3 Soc 6; wizja rozwoju Zakon - VbF 27; obietnica Królestwa w zamian za znoszone cierpienie - Spec Perf 100).

Objawienie woli Bożej dokonywało się również za pomocą Pisma Świętego. Niekiedy Franciszek uciekał się do popularnego wówczas sortes apostolorum. Źródła przedstawiają trzy sytuacje, gdy Franciszek na cześć Trójcy Świętej trzykrotnie otwierał księgę Biblii, szukając w niej odpowiedzi na dręczące go pytania: w kościele św. Mikołaja, gdy pojawili się pierwsi naśladowcy Bernard i Piotr (por. De inceptione 10), gdy mierzył się z pokusą gromadzenia ksiąg (por. Spec Perf 4) oraz podczas pobytu na Alwerni, gdzie pytał Boga, w jaki sposób mógłby jeszcze bardziej zbliżyć się do Niego (por. VbF 91,5). Otrzymana zapowiedź cierpienia nie przeraziła go, gdyż „jako człowiek mający ducha Bożego gotów był cierpieć wszystkie uciski ducha i znosić wszystkie udręki ciała, byle tylko otrzymać zapewnienie, że spełni się w nim miłosiernie wola Ojca niebieskiego”(VbF 92,4).

Niekiedy poznanie woli Ojca otrzymywał za pośrednictwem ludzi, jak miało to miejsce chociażby w początkach kształtowania się braterstwa, gdy dzięki modlitwie wstawienniczej brata Sylwestra i św. Klary zrozumiał, że jego powołaniem jest łączenie kontemplacji i czynnego apostolstwa (Spec Perf 67), gdy zaś Pan dał mu towarzyszy oraz wskazówki do życia zgodnie z Ewangelią, udali się wspólnie do papieża Innocentego III , by prosić o zatwierdzenie tego sposobu życia, gdyż to dawało im gwarancję pełnienia woli Bożej (por. De inceptione 31). Poza tym Franciszek miał zwyczaj, że gdy wybierał się do jakiejś prowincji na głoszenie pokuty, „najpierw prosił Pana i wysyłał braci na modlitwę, by Pan skierował jego serce do pójścia tam, gdzie Mu się bardziej podobało”( Spec Perf 65,5). Był także przekonany, że wolę Bożą mogą przekazywać człowiekowi nawet demony pozostające w służbie Pana Boga: gdy goszcząc pewnego razu u kardynała Leona od świętego Krzyża, został dotkliwie pobity przez złe duchy, zinterpretował to jako Boże napomnienie, by wszędzie, gdzie przebywa dawać dobry przykład swym braciom (por. Cass 17). Ze skruchą przyjął to bolesne pouczenie i skrupulatnie się do niego stosował, gdyż zgodnie ze słowami św. Bonawentury: „Na tym polegała jego największa filozofia i jego największe pragnienie, że jak długo żył, radził się mądrych i niewykształconych, doskonałych i niedoskonałych, małych i wielkich, w jaki sposób mógłby pewniej osiągnąć szczyt doskonałości”(LegM 12, 2).

Choć w życiu Franciszka nie brakowało cierpienia i wielokrotnie musiał zmagać się z przeciwnościami , postawa otwartości na wolę Bożą sprawiła, że żadna z trudnych sytuacji na trwałe nie pozbawiła go radości i pokoju serca, a jego odpowiedzią na narastający ból fizyczny była modlitwa wdzięczności: „Panie Boże, dziękuję Ci za te wszystkie bóle i proszę Cię, mój Panie, abyś je stokrotnie pomnożył, jeżeli takie jest Twoje upodobanie (…) ponieważ wypełnienie Twojej woli będzie dla mnie największą pociechą” (LegM 14,2,7). Powiadał, że wola Boga czyni lekkim wszystko, co jest trudne”(Vb83). Gdy zbliżał się do śmierci i wzmogło się jego cierpienie, jeden z braci zapytał wprost, czy wolałby znosić: tą przewlekłą chorobę, czy jakiekolwiek męczeństwo od kata. Biedaczyna spokojnie odparł: „Zawsze to było i jest mi droższe, to słodsze i łatwiejsze do przyjęcia, co Panu naszemu bardziej się podoba we mnie i ze mną zrobić, żeby zawsze się zgadzać z Jego jedynie wolą i we wszystkim być Mu posłusznym”(VbF 107,3). Słowa te zdradzają jego dogłębne przekonanie, że należy przyjmować wszystko, co nas spotyka, gdyż nic nie dzieje się bez woli Tego, który „ma wszelkie dobro, który sam jest dobry”(RegNB 17,18). Myśl tę klarownie przedstawił w Liście do Ministra, gdzie doświadczającemu przemocy i trudności w życiu wspólnotowym bratu radzi, by to wszystko przyjmował jako wolę Bożą: „I tego właśnie pragnij, a nie czego innego. I to przez prawdziwe posłuszeństwo wobec Pana Boga i wobec mnie, bo wiem na pewno, że to jest prawdziwe posłuszeństwo”(LM 3).Przekonuje jednocześnie, że jedyną słuszną odpowiedzią na prześladowanie jest miłość: „I kochaj tych, którzy sprawiają ci te trudności. I nie żądaj od nich czego innego, tylko tego, co Bóg ci da. I kochaj ich za to i nie pragnij, aby byli lepszymi chrześcijanami”(LM 5-7). Przeświadczenie, że pełnienie woli Bożej jest tożsame z praktykowaniem przykazania miłości Boga i bliźniego, odnajdujemy także we Franciszkowym Komentarzu do modlitwy Ojcze nasz, w którym poucza, że realizacja tego najważniejszego przykazania wymaga pełnego zaangażowania wszystkich sił serca, duszy i umysłu.

Pozdrowienie cnót natomiast przekazuje prawdę o tym, że wszystkie, nawet prozaiczne wydarzenia codzienności podlegają Bożej wszechmocy. Postawa otwartości wobec wszystkiego, co nas spotyka jest więc ostatecznie posłuszeństwem woli Bożej, gdyż: „[święte posłuszeństwo] czyni człowieka poddanym i uległym wszystkim ludziom, którzy są na całym świecie, i nie tylko samym ludziom, lecz także dzikim i okrutnym zwierzętom, aby mogły z nim czynić, co zechcą, na ile Pan z wysoka pozwoli”(Pcn16-18). Choć jako przełożony generalny minorytów, wielokrotnie doświadczał nieposłuszeństwa ze strony braci, a także wielu innych trudności w kierowaniu zakonem, wyznał: „sam Najwyższy udzielił Mi tej łaski, że chcę być zadowolony ze wszystkiego, jak ten, kto jest najmniejszy w zakonie”(CAss11,2). Pokornie przyjmował wszystkie cierpienia, a jednocześnie wytrwale stawał w obronie wyznawanych ideałów, wykazując się przy tym determinacją i odwagą. Ich źródłem była świadomość otrzymania ewangelicznego powołania bezpośrednio od Boga, jak czytamy w Testamencie: „I nikt mi nie wskazywał co mam czynić, lecz sam Najwyższy objawił mi, że powinienem żyć według Ewangelii świętej” (T14). Szacunek względem Bożego autorytetu prowadził go do bezwzględnego i natychmiastowego posłuszeństwa, czego przykładem było dosłowne potraktowanie wezwania do odbudowy kościoła, zakończone własnoręcznym wyremontowaniem trzech niewielkich kościołów w okolicy Asyżu, a także przystąpienie do głoszenia pokuty niemal natychmiast po usłyszeniu Słowa o rozesłaniu uczniów: „wstał natychmiast, przepasał się i nie zwlekając ani chwili, wyruszył w drogę”(LegM 12,2). Nie bez powodu więc Tomasz z Celano napisał o nim: „Nie był bowiem głuchym słuchaczem Ewangelii, ale wszystko co słyszał, zachowywał w chwalebnej pamięci i starał się wypełnić dokładnie, co do litery”(VbF 22,4).

Pragnienie poznania i wiernej realizacji woli Bożej było u Franciszka owocem kontemplacji Chrystusa z miłości posłusznego woli Ojca. To zbawcze posłuszeństwo Syna Bożego stawiał braciom jako wzór do naśladowania: „Pan nasz Jezus Chrystus oddał życie swoje, aby nie uchylić się od posłuszeństwa wobec swego Najświętszego Ojca”(LZ 46). Owocem takiej postawy była według niego szczególnie bliska relacja braterstwa z Chrystusem: „braćmi dla Niego jesteśmy, kiedy spełniamy wolę Ojca, który jest w niebie”(1LW 9). Także świadomość konsekwencji grzechu pierworodnego, który nazywał nieposłuszeństwem i „przywłaszczeniem sobie swojej woli”(Nap 2,3), kierowała go w stronę posłuszeństwa przełożonym, które postrzegał jako udział w posłuszeństwie Chrystusa (por. Nap3). W regule zalecał: „Bracia zaś, którzy są podwładnymi, niech pamiętają, że dla Boga wyrzekli się własnej woli. Dlatego nakazuję im stanowczo, aby byli posłuszni swoim ministrom we wszystkim, co przyrzekli Panu zachowywać, a co nie sprzeciwia się ich sumieniu i regule naszej”(RegB 10,3).

Według Franciszka wyrzeczenie się własnej woli to konsekwencja porzucenia świata, a zarazem jedyna słuszna droga dla tych, którzy wybrali życie radami ewangelicznymi: „Teraz zaś, skoro porzuciliśmy świat, nic innego nie mamy czynić, tylko spełniać wolę Pana i Jemu samemu się podobać”(RegNB 22,9). To podobanie się Bogu i pełnienie Jego woli stanowiło dla niego podstawowe kryterium przy podejmowaniu decyzji, które zalecał też swoim braciom: „Jakikolwiek sposób wydaje ci się lepszy, aby podobać się Panu Bogu i iść Jego śladami, i za Jego ubóstwem, postępuj tak z błogosławieństwem Boga i z moim pozwoleniem” (LL3). 

Św. Bonawentura tak precyzuje tą Franciszkową koncepcję porzucenia świata: „W żaden sposób nie wyrzeka się doskonale świata, kto w zakamarkach swego serca zostawia choćby najmniejsze miejsca dla własnego sposobu myślenia”(LegM 7,2,2). O tym, jak trudny, a zarazem wyzwalający proces wywłaszczenia kryje się za tymi słowami, Biedaczyna przekonał się osobiście, gdy gwałtowny wzrost liczebny braci, przyłączenie się wielu wykształconych i zwolenników monastycznego porządku, stały się źródłem napięć i rozłamów w harmonijnym dotąd minoryckim braterstwie. Wobec niebezpieczeństwa wewnętrznego rozłamu, w 1220 roku Franciszek zrzekł się urzędu ministra generalnego oraz wystąpił do papieża Honoriusza III z prośbą o mianowanie kard. Hugolina di Segni kardynałem protektorem Zakonu Braci Mniejszych (por. De inceptione 45,1). Choć troska o poszczególnych braci oraz całościową wizję braterstwa nadal zajmowały w jego sercu szczególne miejsce, faktycznie odsunął się od bezpośredniego kierowania Zakonem, powierzając go opiece Bożej Opatrzności. Tą rezygnację z własnej woli i ufne zdanie się na wolę Bożą dobrze oddaje jego deklaracja zawarta w krótszej redakcji Zwierciadła doskonałości: „większą pomocą, z jaką mogę przyjść zakonowi braci jest to, bym codziennie trwał na modlitwie za niego do Pana, aby nim kierował, zachował go, osłaniał i bronił”(SpecLem 40,18). Ta z pewnością trudna i w jakiś sposób heroiczna decyzja, to świadectwo jego ubóstwa oraz zawierzenia Bogu. 

Ponieważ całe życie wytrwale pełnił wolę Bożą, również w obliczu śmierci złożył wobec braci świadectwo wierności względem Bożych zamysłów. Po zdjęciu odzienia z płótna na worki, gdy obnażony leżał na ziemi, powiedział do otaczających go braci: „Ja wykonałem to, co do mnie należało, a o tym, co do was należy, niech was pouczy Chrystus”(LegM 14,3,4). 

s. Chrystiana Anna Koba CMBB



fot. Poggio Bustone, Italia, sierpień 2024


sobota, 15 czerwca 2024

800-lecie stygmaty św. Franciszka 1224-2024.

 

Pięć najpiękniejszych pereł

              Choć św. Franciszek z Asyżu dożył zaledwie 45 lat (por. Bess 8,1), to pod koniec życia „jego ciało było tak zniszczone, że niemal tylko skóra pokrywała jego kości”.(LegM XIV,2,2). Nie oszczędzał siebie na co dzień, a świadomy bycia wzorem i przykładem dla wszystkich braci „nie chciał przyjmować podczas swoich chorób nie tylko żadnych lekarstw, lecz nawet koniecznego pożywienia”(CAss79,6). Troska o zbawienie dusz pochłaniała go tak bardzo, że nie dawał ciału żadnego wytchnienia albo bardzo niewiele, lecz krążąc po różnych częściach świata, w trudzie przepowiadania nie przestawał go trapić rozmaitymi i niezwykłymi umartwieniami”(Jl 64,1). Był w tym zawsze bardzo gorliwy, a w miarę upływu lat, ten zapał ciągle wzrastał. Cierpieniom fizycznym towarzyszyły duchowe, gdyż niejednokrotnie był prześladowany przez złego ducha oraz zmagał się z trudnościami płynącymi z kierowaniem stale wzrastającym liczebnie zakonem . Jego jasna wizja ubóstwa i pokory Braci Mniejszych była odrzucana przez wielu braci mądrych i uczonych, którzy dążyli do aktywnego włączenia się w duszpasterstwo, a co za tym idzie organizacji życia, podjęcia studiów, korzystania z pieniędzy i odpowiednio przygotowanych klasztorów. Franciszek obawiał się tego i postrzegał jako odchodzenie od ewangelicznego powołania, właściwego braciom mniejszym, którzy „zarówno przez nazwę, jak też przykład i postępowanie winni być pokorniejsi od wszystkich innych ludzi tego świata”((SpLem 30). . W regule wzywał swych naśladowców: „abyśmy zachowywali ubóstwo i pokorę i świętą Ewangelię Pana naszego Jezusa Chrystusa, jak to stanowczo przyrzekliśmy”(2Reg 12,4). Odstępstwa braci, szczególnie te pociągające za sobą publiczne zgorszenie były dla Franciszka źródłem dotkliwego cierpienia, co wyraził w słowach: „ Tacy przebijają ,mnie ostrym mieczem i przez cały dzień wciąż ranią moje serce”(Mem 157). Na kapitule mat, gdzie zgromadziło się około 5 tysięcy braci, doszło do konfrontacji Franciszka z braćmi uczonymi, którzy wspierając się autorytetem kardynała protektora proponowali mu przyjęcie którejś z reguł monastycznych. Odmowa Franciszka była kategoryczna, jednak wzrastające napięcie wewnątrz zakonu sprawiło, że on sam zaczął przeżywać wątpliwości odnośnie sposobu życia zaproponowanego braciom, choć nigdy nie negował jego boskiego pochodzenia. Dla Franciszka był to czas niepewności, stawiania Bogu pytań, bolesnej samotności i duchowych zmagań. Ten etap jego życia określony przez biografów terminem „pokusa” opisują różne źródła, ale jedynie Speculum Perfectionis wiąże go z dalszym cierpieniem wewnętrznym, przeżywanym na Alwerni. Według G.Miccoli[1] „ciężką pokusą” Franciszka była pokusa buntu wobec braci uczonych, stanowczej kontestacji, siłowy opór celem potwierdzenia pierwotnego ideału, podczas, gdy krzyż na Alwerni stał się alternatywą przeciwstawną do walki i buntu, dowodem, a zarazem warunkiem i potwierdzeniem wstępowania w ślady Chrystusa. Według Miccoli stygmaty stanowią rozwiązanie wątpliwości i trudności, z którymi mierzył się w poprzednich latach. Stanowią odpowiedź Boga, który dotąd wydawał się milczeć i przyjmować bierną postawę wobec piętrzących się trudności w zakonie.

              Stygmaty otrzymane na dwa lata przed śmiercią, stanowiły zwieńczenie cierpienia Franciszka, oraz fizyczny znak upodobnienia do Chrystusa, do którego nieustannie dążył: „pragnął być we wszystkim podobny do ukrzyżowanego Chrystusa, który ubogi, bolejący i obnażony wisiał na krzyżu”(LegM XIV,4). O fakcie stygmatyzacji wspominają wszyscy biografowie, jednak najpełniejszy, mający wręcz formę drobiazgowej relacji opis prezentują zawarte w Actus Rozważania o stygmatach. Wydarzenie miało miejsce 17 września 1224 roku na górze Alwernia, gdzie Franciszek w towarzystwie kilku braci udał się celem odprawienia 40-dniowego postu ku czci św. Michała Archanioła, do którego miał wielkie nabożeństwo. Post rozpoczął zaraz po uroczystości Wniebowzięcia Matki Bożej, to jest 16 sierpnia. Góra Alwernia była darem hrabiego Orlanda z Chiusi, który pozostając pod wrażeniem świętości Biedaczyny, postanowił 8 maja 1213 roku ofiarować mu ziemię, na której w odosobnieniu mógłby wraz z braćmi modlić się i czynić pokutę. Po raz pierwszy Franciszek przybył tam w lecie 1214 roku, natomiast szósta i ostatnia wizyta na Alwerni miała miejsce 10 lat później, pod koniec lata 1224 roku. Gdy Franciszek z braćmi Leonem, Aniołem i Maciejem dotarli na górę, przywitały ich ptaki, które nie tylko głośno śpiewały, ale w niezwykły sposób cisnęły się do Franciszka siadając na jego głowie, ramionach, kolanach i u stóp. To ich dziwne zachowanie Franciszek odczytał jako Boże przyzwolenie na pobyt braci na górze (por. LegM VIII,10). Poczuł też natchnienie, by w Piśmie Świętym odczytać wolę Bożą. Po modlitwie polecił więc bratu Leonowi w imię Trójcy Świętej trzykrotnie otworzyć Świętą Księgę. Za każdym razem natrafił na opis męki Pańskiej: „Mąż przepełniony Bogiem zrozumiał, że jak naśladował Chrystusa w życiu czynnym, tak teraz powinien się do Niego upodobnić w udrękach i bólach męki, zanim odejdzie z tego świata. I chociaż ciało jego było już bardzo wyczerpane, z powodu wielkiej surowości dotychczasowego sposobu życia i ustawicznego dźwigania krzyża pańskiego to jednak nie przeraził się, lecz ożywił jeszcze bardziej do przyjęcia męczeństwa”(LegM XIII, 2,3-4). Choć cała Alwernia była miejscem bezludnym, pokrytym gęstym lasem, Franciszek wybrał dla siebie miejsce ukryte na zboczu góry, oddzielone szczeliną skalną, nad którą bracia przerzucili kłodę drewna. Zbudowali też Franciszkowi skromny szałas i otrzymali od niego polecenie, by przez cały czas trwania postu nikt go nie odwiedzał, jedynie raz dziennie br. Leon przynosił mu trochę wody i chleba, oraz w nocy przychodził, by wspólnie odmówić matutinum. Znakiem umownym do rozpoczęcia tej modlitwy były słowa Franciszka: „ A usta moje będą głosić chwałę Twoją”, stanowiące odpowiedź na zawołanie Leona: „Panie, otwórz wargi moje”(Actus 9,30). W przypadku braku odpowiedzi, brat Leon miał odejść. Po jakimś czasie Franciszek odkrył sprzymierzeńca tej nocnej modlitwy w postaci sokoła, który regularnie budził go na modlitwę. Według św. Bonawentury wyjątkowe zachowanie ptaków na Alwerni, to zapowiedź przyszłych wydarzeń: „Radość różnego rodzaju ptaków i śpiew sokoła były z pewnością Bożym znakiem, wskazującym, że prawdziwy wielbiciel i czciciel Boga, uniesiony na skrzydłach kontemplacji, będzie w swoim czasie przemieniony ukazaniem się Serafina.”(LegM VIII, 10,13) Mimo wyraźnej prośby Franciszka, by nie przeszkadzano mu w samotności, Leon nieraz zbliżał się do miejsc, w których przebywał Franciszek i dlatego niekiedy był świadkiem jego modlitwy, która często przybierała formę ekstazy, cudownych wizji, czy lewitacji. Dla Franciszka pobyt na Alwerni był czasem wpatrywania się w Boga, szczerych z Nim rozmów oraz żarliwego rozważania Jego męki. Tomasz z Celano tak relacjonuje jego wewnętrzne usposobienie:„ Na wszystkie rozproszenia od zewnątrz okazywał się niewrażliwy i dlatego z całych sił powściągał zmysły zewnętrzne oraz trzymał na wodzy poruszenia ducha, przebywając z samym tylko Bogiem. Zagnieżdżał się w zagłębieniach skały, a w rozpadlinie przepaści jego zamieszkanie. Z prawdziwie szczęsnej pobożności pogrążał się w niebiańskich sferach, a pełen wyniszczenia cały zagłębiał się długo w ranach Zbawiciela.”(VbF 71k,3-4).Franciszek poprosił wówczas o dwie łaski: by odczuć w duszy i ciele cierpienie Chrystusa podczas Jego męki i śmierci krzyżowej oraz doświadczyć miłości, która skłoniła Go do podjęcia zbawczej ofiary (por. Fior Roz St 3). Jego prośba została wysłuchana , gdy pewnego dnia około święta Podwyższenia Krzyża (17 września), o świcie kontemplował mękę Chrystusa przed wejściem do celi. Nagle zobaczył zstępującego z nieba Serafina, który jaśniejąc niczym ogień zbliżył się do niego szybkim lotem, a wówczas Franciszek spostrzegł, że ma on postać ukrzyżowanego człowieka . Jego dwa skrzydła rozpościerały się nad głową, dwa służyły do lotu, a dwa pozostałe okrywały jego tułów i nogi. Gdy tak patrzył zdumiony, ogarnęły go ambiwalentne uczucia: „ Bardzo się ucieszył i mocno uradował miłym i łaskawym względem, z jakim Serafin patrzył na niego. Jego piękno było niezwykle urzekające, ale całkowicie przejmowało trwogą jego przybicie do krzyża i udręczenie męką. Powstał więc, żeby tak powiedzieć, smutny i radosny zarazem, a radość i smutek na przemian brały w nim górę.(VbF 94,4) Widzenie znikło, a on odczuł w duszy żarliwą miłość, na ciele natomiast zaczęły pojawiać się rany, takie same jak te, które przed chwilą oglądał na ciele ukrzyżowanego człowieka. Różne źródła podają dokładny opis stygmatów[2]. Według Tomasza z Celano: „ Jego ręce i stopy wyglądały jak przebite w samym środku gwoździami. Główki gwoździ ukazały się po wewnętrznej stronie dłoni i na wierzchu stóp, a ostrza ich były po stronie odwrotnej. Znamiona te bowiem były okrągłe wewnątrz na rękach, a na zewnątrz podłużne. Z ciała wystawały grudki mięsa, które wyglądały jak czubki gwoździ zgięte i zagięte. Tak samo na stopach wycisnęły się znamiona gwoździ i wystawały z ciała. Także prawy bok, jakby przebity, miał podłużną bliznę, która często krwawiła, tak, że po wiele razy jego tunika i spodnie były spryskane świętą krwią” (VbF 95,1-4). Celańczyk podjął się także interpretacji tego cudownego zdarzenia, dopatrując się jego początków w mistycznym spotkaniu z Ukrzyżowanym w San Damiano, zapisał bowiem: „ Odtąd jego świętą duszę przebiło współcierpienie z Ukrzyżowanym, i jak można zbożnie sądzić, wycisnęły się wówczas na jego sercu, choć jeszcze nie na ciele, stygmaty czcigodnej Męki”(Mem 10,8).Można tu już dostrzec genezę owego upodobnienia, choć Celano pisze o niej także w Traktacie o cudach: „Tu nie trzeba pytać o rację, bo chodzi o cud, ani szukać wzorca, bo chodzi o coś szczególnego. Wszystkie dążenia męża Bożego, tak publiczne, jak prywatne, obracały się wokół krzyża Pańskiego; i od samego początku jego rycerskiej służby Ukrzyżowanemu rozbłyskały wokół niego różne tajemnice krzyża” (Traktat 2,3-4). Sugestywne jest także jego stwierdzenie: „Albowiem jak jego duch odział się w Chrystusa ukrzyżowanego wewnątrz, tak całe jego ciało ubrało się w krzyż Chrystusowy na zewnątrz”(Traktat2,10). Autor Relacji Trzech Towarzyszy wskazuje na miłość Biedaczyny jako przyczynę stygmatów:„ sam Pan chcąc okazać całemu światu żar jego miłości i ustawiczną pamięć męki Chrystusowej, którą miał w sercu” (3Soc 69, 1), natomiast Anonim z Perugii podkreśla inicjatywę miłości Boga: „ A Pan, chcąc okazać miłość, jaką żywił względem niego, wycisnął w jego członkach i na jego boku stygmaty swego umiłowanego Syna”(De inceptione 46,5). ). Według św. Bonawentury stygmaty są dowodem żarliwej miłości i upodobnienia Franciszka do Chrystusa: „prawdziwa miłość do Chrystusa przekształciła kochającego, upodobniając go do Jego obrazu”(LegM XIII,5,1).W fakcie stygmatyzacji dostrzega także spełnienie Franciszkowego pragnienia upodobnienia do Jezusa aż do śmierci męczeńskiej, co dokonało się „ nie przez męczeństwo ciała, lecz przez żar duszy” (LegM XIII,3,8). W innym miejscu stygmaty otrzymane rok po zatwierdzeniu reguły Braci Mniejszych, przyrównuje do Bożej pieczęci: „były one [stygmaty]jakby bullą Najwyższego Kapłana Chrystusa, która w pełni zatwierdziła regułę i wyraziła uznanie dla jej autora”(LegM IV,11,10).

 Niedługo po otrzymaniu stygmatów Franciszek własnoręcznie napisał tzw. Uwielbienie Boga Najwyższego, zamieszczając na odwrocie pergaminu Błogosławieństwo dla brata Leona, który trapiony ciężką pokusą duchową pragnął otrzymać jakieś pisemne pocieszenie od brata Franciszka, wierząc, że pomoże mu ono w przezwyciężeniu duchowych trudności. Choć nie odważył się powiedzieć mu o tym, Biedaczyna sam wręczył mu pergamin z tekstem Uwielbienia oraz krótkim błogosławieństwem na odwrocie. Dokument był podpisany przez Franciszka znakiem Tau, szczególnie mu drogim, gdyż „ za [jego]pomocą podpisywał listy i wszędzie rysował na ścianach cel.”(Traktat 3,4), zdobił go również rysunek głowy, różnie interpretowany: jako zarys góry Kalwarii[3], zarys Alwerni[4], głowa br. Leona z naznaczonym Tau na czole, głowa Adama na którą spływa krew z krzyża Chrystusowego, głowa św. Franciszka, z którego ust wychodzi krzyż- znak głoszenia krzyża i pokuty[5]. Br. Leon sporządził później czerwonym atramentem dopiski potwierdzające wiarygodność autografu, m.in.: „Po widzeniu i słowach Serafina i odbiciu znaków męki Chrystusa na swoim ciele napisał własnoręcznie na drugiej stronie pergaminu hymn, oddając chwałę Bogu za dobrodziejstwa, które mu On uczynił”[6] Tym sposobem wskazał na postawę wdzięczności Franciszka za otrzymane od Boga dobrodziejstwa.

Biedaczyna zdumiony i zawstydzony wydarzeniem stygmatyzacji, starał się ukryć go nawet przed najbliższymi, jednak szybko przekonał się, że nie jest to możliwe, choćby ze wzgl. na konieczność pomocy, jakiej odtąd potrzebował. Obawiał się rozgłosu i zamieszania, jakie stygmaty mogły wywołać wśród wiernych, a przecież on zawsze „ starał się w oczach własnych i innych okazywać siebie małowartościowym”(LegM VI,1,5). Bijąc się z myślami, czy opowiedzieć o niezwykłym spotkaniu z Serafinem, czy też zachować tą tajemnicę dla siebie, przedstawił swą wątpliwość zaufanym braciom. Za radą br. Illuminata odważył się opowiedzieć o widzeniu i wysłuchaniu ukrzyżowanego Serafina, zastrzegając jednak, że pewnych rzeczy nie może ujawnić, jak długo będzie żył na ziemi.

Źródła hagiograficzne nie wskazują żadnego bezpośredniego świadka stygmatyzacji na Alwerni, jedynie samego Franciszka, który zrelacjonował to wydarzenie „ z wielką bojaźnią”(Leg M XIII, 4,6) najbliższym towarzyszom. Dzieje błogosławionego Franciszka i jego Towarzyszy wskazują na br. Leona, który przekazuje tę historię kolejnym braciom.(por. Actus 9,71), natomiast Anonim z Perugii wspomina o tym, że Franciszek zwierzył się bratu, który przyniósł mu posiłek, jednak nie podaje jego imienia (por. CAss 118). Według Tomasza z Eccleston br. Leon wskazał br. Rufina, jako tego, któremu Franciszek opisał wydarzenie stygmatyzacji. Świadectwo to zawiera także obietnicę czterech przywilejów dla zakonu, objawionych na pośrednictwem anioła, mianowicie, że zakon i ideał życia braci mniejszych będzie istniał aż do dnia sądu, że nikt prześladujący go, długo żyć nie będzie, podobnie zakonnicy prowadzący złe życie, prędko z niego odejdą, a ci, którzy go szczerze miłują, dostąpią Bożego miłosierdzia (por. SpPerf 79). Kronika wspomina jeszcze o poleceniu danym bratu Rufinowi, by umyć oraz namaścić olejem kamień, na którym spoczął anioł, a który dziś wskazywany jest jako miejsce Bożego objawienia.  

Po upływie 40 dni, gdy zbliżała się uroczystość św. Michała Archanioła, stygmatyzowany Franciszek z pomocą braci zszedł z góry i wrócili do Porcjunkuli. Św. Bonawentura w Legenda maior zastosował porównanie: jak Mojżesz schodził z góry Synaj niosąc tablice z dziesięcioma przykazaniami, tak Franciszek „ niósł z sobą wizerunek Ukrzyżowanego, nie ręką artysty wykonany (…) lecz palcem Boga żywego wyrażony na członkach jego ciała”(LegM XIII,5,2

              Ostatnie dwa lata przed śmiercią były dla Franciszka prawdziwą kalwarią. Wyczerpany fizycznie potrzebował stałej opieki. Źródła relacjonują, jak bracia pielęgnowali go, dbając o higienę, ubrania, dietę, i pomoc w przemieszczaniu się: „ dokładali wszelkiej czujności, wszelkiego starania, całej dobrej woli, by zapewnić świętemu ojcu spokój ducha i ulżyć w chorobie ciała”(VbF 102,8). W gronie tzw. socjuszy Świętego, a więc braci, którzy troszczyli się o niego w codzienności byli z pewnością: br. Anioł, Rufin oraz Leon, który od początku niemal stale towarzyszył Franciszkowi. To jemu „Franciszek pozwolił dotykać swych stygmatów i zakładać nowe opatrunki, które między owymi cudownymi gwoździami i pozostałym ciałem, dla zatamowania krwi i zmniejszenia bólu zmieniał Święty każdego dnia w tygodniu z wyjątkiem czwartku wieczorem i całego piątku, kiedy nie chciał przyjmować żadnego lekarstwa, aby w tym dniu ukrzyżowania z miłości do Chrystusa on, prawdziwie ukrzyżowany, z Chrystusem uczestniczył w cierpieniach krzyża”(Actus 39,8-9). Nie jest do końca jasne, kto jeszcze bezpośrednio troszczył się o Franciszka, bowiem Celano świadomie przemilczał imiona tych, „na których [Franciszek] opierał się, jak dom na czterech kolumnach”(VbF 202,3). Niektórzy typują Bernarda i Jana delle Lodi, inni Eliasza. Bonawentura wskazuje także na pewnego brata, „który bardzo gorliwie się nim opiekował”(LegM XIII,8,7), według Analecta Francescana był to brat Jan.[7] Konieczność korzystania z pomocy innych oraz świadomość bycia dla nich ciężarem, stanowiła dla Franciszka dodatkowe źródło cierpienia i upokorzenia, o czym świadczy apel skierowany do braci: „Najdrożsi bracia i synowie moi, niech nie będzie wam przykro ani ciężko trudzić się wokół mojej osoby, ponieważ Pan za mnie swego sługę, odda wam w tym życiu i w przyszłym wszelki owoc waszych działań, jakich nie możecie wykonać z powodu troski [o mnie] i [z powodu mojej]choroby ” (CAss 86,9) Obecność socjuszy choć konieczna, ciążyła mu, jako, że nie chciał być w jakikolwiek sposób hołubiony i nawet gdy już w 1220 roku na wskutek bolesnej choroby oczu tracił wzrok, bracia szczególnie do niego przywiązani opiekowali się nim, zrzekł się stanowczo możliwości wyboru socjuszy, argumentując: „przez ten przywilej wolności nie chcę uchodzić za wyjątek”(CAss 40,1).To także jeden z powodów, dla których starał się ukryć rany, nawet przed najbliższymi braćmi. Nie było to możliwe, stąd wielu z nich widziało je, choć zwykle ukradkiem lub dzięki użyciu podstępu. Ręce bowiem miał zwykle owinięte, a gdy bracia chcieli z szacunku złożyć na nich pocałunek, wystawiał z za rękawa jedynie palce, lub zamiast ręki podawał do ucałowania rękaw. Rzadko mył całe ręce, zanurzając w wodzie tylko palce, by stojący obok nic nie zauważyli. Także stopy mył bardzo rzadko, a do tego ukradkiem. Zaczął też ubierać obuwie, nakładając na rany kawałki zamszu, by złagodzić szorstkość wełnianych skarpet. Celem ochrony rany boku bracia sporządzili specjalne spodnie, które sięgały mu po pachy Ponieważ dostrzeżenie stygmatów sprawiało Franciszkowi dużą przykrość, sami socjusze odwracali oczy, gdy on zmuszony był z jakiegoś powodu odsłonić ręce czy nogi. Choć mimo starania nie udało się Franciszkowi ukryć ran na rękach i nogach, to ranę w boku widziało za jego życia jedynie dwóch braci: br. Eliasz, który bacznie obserwował go podczas ubierania tuniki oraz br. Jan, jeden z opiekunów, któremu nawet udało się przy pomocy wzroku i dotyku ocenić wielkość rany (por. LegM XIII 8,7) . Choć wielu braci powodowanych ciekawością lub szczerą pobożnością pragnęło zobaczyć święte rany, nie było to proste, ile razy bowiem dawał tunikę do wyczyszczenia, prawą ręką zakrywał ranę boku, a lewą przyciskał do boku, zasłaniając w ten sposób bliznę. Tak opisał ją św. Bonawentura: „ rana zaś w boku czerwona i z powodu ściągnięcia się ciała zaokrąglona, przypominająca najpiękniejszą różę”(LegM XV,2,3) Tym, którzy stawiali niewygodne pytania rzucał ze zniecierpliwieniem: „Pilnuj tego, co do ciebie należy”(Mem 135,5) Wieść o stygmatach, nawet jeśli były starannie ukrywane, szybko rozniosła się za sprawą licznych cudów. Następowały one podczas dotyku stygmatyzowanych dłoni, kontaktu z przedmiotem używanym przez Franciszka, czy wodą, w której obmywał poranione części ciała.

Słabość ciała oraz niemożność swobodnego chodzenia nie osłabiły zapału apostolskiego Biedaczyny, wręcz przeciwnie: „nie przestając przez przepowiadanie troszczyć się o zbawienie bliźnich, sprawił, że na wpół obumarłe ciało wożono na ośle przez miasta i osiedla”(Jl 64,5). Stygmatyk stał się dla wielu oczywistym znakiem miłości Ukrzyżowanego Chrystusa, nazwano go Alter Christus Ci, którzy za jego życia widzieli stygmaty, po śmierci zaświadczyli o tym pod przysięgą .Po śmierci Franciszka 3 października 1226 roku, jego ciało udostępniono wszystkim, którzy pragnęli złożyć mu ostatni hołd. Wówczas stygmaty oglądali nie tylko bracia, Klara wraz z siostrami, ale też wielkie rzesze duchownych i świeckich: „Wielu z pobożnością całowało je i dotykało rękoma, aby utwierdzić się w prawdzie”(LegM XIII,8,5). Wielu kardynałów dawało później ustne i pisemne świadectwo, układali sekwencje mszalne, hymn i , antyfony. Także papieże: Grzegorz IX oraz kolejny Aleksander IV zaświadczyli o prawdziwości stygmatów, choć bulla kanonizacyjna Franciszka- Mira circa nos[8] pokrywa ten fakt milczeniem. Domniemaną przyczyną wydaje się polityka papieska, przypisująca braciom mniejszym ważną rolę w Kościele i dla Kościoła(obrona Kościoła w konflikcie z cesarzem Fryderykiem II)[9]oraz ostrożność dyktowana niebezpieczeństwem pobudzenia prostego ludu do samookaleczeń, celem naśladowania Syna Bożego w cierpieniu. Zastanawia też wytrwałe milczenie o stygmatach najbliższych towarzyszy świętego, będących przecież ich prawdziwymi i wiarygodnymi świadkami zarówno za życia, jak po śmierci Biedaczyny. R. Manselli jako możliwą przyczynę zaproponował szacunek wobec wyjątkowego, intymnego przeżycia Franciszka, bądź niemą polemikę wymierzoną przeciw bratu Eliaszowi, który w tym czasie popadł w niełaskę u wielu braci[10].

Pierwsza oficjalna informacja o stygmatach wraz z ich opisem pojawiła się w 1226 roku, gdy wikariusz generalny br. Eliasz Buonbarrone tuż po zakończeniu uroczystości pogrzebowych Franciszka skierował do braci List okólny o śmierci św. Franciszka, w którym zapisał: „ ogłaszam wam wielką radość i nowy cud. Od wieków nie słyszano o takim znaku jak tylko w Synu Bożym, którym jest Chrystus Pan. Niedługo przed śmiercią nasz brat i ojciec okazał się ukrzyżowany, nosząc na swoim ciele pięć ran, które prawdziwie są stygmatami Chrystusa” (LE 15).

Choć wydawać by się mogło, że dobrze poświadczony fakt stygmatyzacji nie powinien budzić wątpliwości, to nie zabrakło też sceptyków, w tym kaznodziei, którzy publicznie negowali autentyczność cudu, posądzając św. Franciszka i br. Eliasza celową mistyfikację. Niekiedy również fizycznie likwidowano przedstawienia stygmatów na wizerunkach Świętego. Reakcją na negację stygmatów było 12 bulli papieskich, które począwszy od 1237 roku, ukazały się na przestrzeni pięćdziesięciu kilku lat. Dotyczyły one biskupów, kleru diecezjalnego oraz zakonnego, szczególnie dominikanów. Obrońcami stygmatów byli papieże: Grzegorz IX, Aleksander IV, Innocenty IV, Mikołaj III i Mikołaj IV. Być może to właśnie trzy listy papieża Grzegorza IX, skierowane w 1237roku do wszystkich wątpiących w prawdziwość stygmatów, zainspirowały br. Leona do sporządzenia na autografie z Alwerni dopisków, potwierdzających prawdziwość stygmatów, a zarazem będących dokładnym sprawozdaniem z przebiegu wypadków.

Góra Alwernia nazywana seraficką Kalwarią zafascynowała nie tylko św. Franciszka z Asyżu, bowiem przez 8 wieków franciszkanizmu nieustannie pociągała i inspirowała wielu, często wybitnych przedstawicieli franciszkańskiej duchowości, jak św. Bonawenturę(1217-1274), który w tym miejscu napisał ważne dzieła duchowe (Itineratium mentis in Dem i De triptici via), Hubertyna z Casale (1259-1338), dla którego stygmaty Franciszka oznaczały „ znak szacunku wobec najwierniejszego Przyjaciela”(Ub 5,4) i które nazwał poetycko „pięcioma najpiękniejszymi perłami” (Ub 5,4), bł. Jana z Fermo(1259-1322), który w alweryjskiej pustelni spędził 30 lat, św. Bernardyna ze Sieny(1380-1444), czy św. Jana Kapistrana(1385-1456)., który w tym miejscu zredagował konstytucje Braci Mniejszych Obserwantów. Do dziś jest to jedno z miejsc najczęściej odwiedzanych przez sympatyków Biedaczyny z Asyżu.

s. Chrystiana Anna Koba CMBB

fot. Agnieszka Mazurek- Alwernia sierpień 2023.

 



[1] F. Acrocca Franciszek bratem i nauczycielem, wyd. Bratni Zew Kraków, 2007, str. 152.

[2] VbF 95,1-4; Vb 73; Jl 62; 3Soc 70,1-3; LegM XII, 10-13I; Legm VI,

[3] Manselli Św. Franciszek z Asyżu. Editio maior, wyd.Bratni Zew, Kraków 2006, str. 426.

[4] Opr. Zbiorowe Leksykon duchowości franciszkańskiej, wyd. m, Warszawa 2006, str. 2.

[5] L.Lehmann OFM Cap. Franciszek mistrz modlitwy, wyd. Głos o. Pio, Kraków 2003, str. 180.

[6] Za: A. Hejnowicz OFM Conv Św. Franciszek z Asyżu. Prawda i legendy, wyd. Bratni Zew, Kraków 2012, str. 64.

[7] Analecta Francescana 3, 1897.

[8] Promulgowany 19 lipca 1228 roku dokument p. Grzegorza IX ogłaszający Franciszka z Asyżu nowym świętym Kościoła katolickiego.

[9] W Block Franciszek seraficki, wyd. Instytut Studiów Franciszkańskich 2013, str. 24.

[10] R.Manselli święty Franciszek z Asyżu. Editio maior, wyd. Bratni Zew, Kraków 2006, str. 423.

Bracia Mniejsi- jedna duchowość, trzy sposoby jej realizacji

  Bracia Mniejsi- jedna duchowość, trzy sposoby jej realizacji Pomysł na cykl artykułów na temat braci mniejszych, publikowanych ostatnio ...